sobota, 20 lipca 2013

#Owsianka gruszkowa, czyli śniadanie mistrzów!


O cudownych właściwościach płatków owsianych powiedziano chyba już wszystko. W skrócie - wit. B1, B6, wit. E, cynk, żelazo + błonnik. Jako że ostatnio mam silne postanowienie zadbania o cerę, wit E i cynk są dla mnie szczególnie interesujące :) Śniadanko jakie Wam dzisiaj zaprezentuje daje uczucie sytości na długo i niezłego kopa energii. Przy tym, wbrew temu co pamiętam z dzieciństwa, jest naprawdę pyszne! Owsiankę można łączyć z dowolnymi owocami, ja jednak odkopałam kilka słoiczków domowego maminego dżemu gruszkowego, stąd dzisiejsza wersja :)

Na jedną dużą porcję będziemy potrzebowali:

3/4 szklanki mleka
1/4 szklanki wody
3 łyżki płatków owsianych górskich
1 łyżkę siemienia lnianego*
1 łyżkę otrąb owsianych*
1 łyżkę otrąb żytnich
1 łyżeczkę miodu
2 łyżeczki dżemu gruszkowego
cynamon
Kuchenna kura!

Do garnka wlewamy wlewamy mleko i wodę. Dodajemy płatki, siemię i otręby, gotujemy do miękkości, aż całość zgęstnieje, ale się nie rozgotuje! Przelewamy do miseczki, dodajemy łyżeczkę miodu, mieszamy, "cynamonimy" na wierzchu i dodajemy dżem. Voila! Proste jak włos Mongoła :)





*opcjonalnie, ale zalecanie :)

wtorek, 16 lipca 2013

#Malinowe Frappe

Może jeszcze nie dorosłam do tego smaku, ale nigdy nie byłam wielką miłośniczką kawy. Do momentu kiedy odkryłam, że można ją pić na zimno :) Zaczęłam od spożywania go przy KAŻDYM wyjściu do kawiarni, później był etap "robienia" kawy na zimno w domu, tj. zalewania mlekiem kupnej mieszanki. Aż w końcu dotarłam do tego jakże ważnego etapu w moim życiu, kiedy to wzięłam się za przygotowywanie mojej ulubionej kawy samodzielnie. Ostatnio przechodzę także "fazę" na domowe koktajle i zostało mi trochę malin, więc postanowiłam je wykorzystać, ponieważ jutro wyjeżdżam, a owoce mogłyby tak długiej rozłąki nie wytrzymać ;) Idealny wybór na nadchodzące upały!

#malinowe frappe

garść malin
3/4 szklanki mleka
łyżeczka cukru
kawa rozpuszczalna
lód
gorzka czekolada

Dwie łyżeczki kawy rozpuszczamy w jak najmniejszej ilości gorącej wody (nie wrzątku!). Słodzimy, mieszamy, odstawiamy do wystudzenia. Maliny rozcieramy widelcem, albo miksujemy blenderem. Schłodzoną kawę mieszamy z mlekiem. I teraz mamy dwie możliwości:

1. Maliny przelewamy do szklanki, na nie wylewamy kawę. Tworzą nam się dwie warstwy - wersja bardziej efektowna, ale..


2.Wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy razem ;) "Fusy" z owoców i tak opadną na dno, efekt wizualny nie tak powalający jak przy opcji nr 1, aaale...


...musicie przyznać, że daje radę :)

Przy okazji miksowania mleka utworzyła się pianka, która wspaniale podtrzymuje dekoracje w postaci startej gorzkiej czekolady. Jednak aż się prosi o dołożenie na wierzch solidnej porcji bitej śmietany... Ale to innym razem.

Bon apetit!

piątek, 5 lipca 2013

#Smoothie time!

Dłuższa przerwa spowodowana lenistwem, sesją, przeprowadzką i załatwianiem praktyk. Ale oto i jestem! Pełna sił i zapału! Wróciłam do domu, także mam dostęp do miksera, piekarnika i innych cudów techniki nieosiągalnych w akademiku, także myślę, że będzie ciekawiej ;)

Na wstępie mama orzekła, że skoro zostaje w domu na wakacje to obowiązki kuchenne spadają na mnie. I nici z mamusinych obiadków :( Na razie jednak ciesze się sezonem owocowym, a przede wszystkim TRUSKAWKAMI, które niestety powoli już się kończą. W związku z powyższym uraczyłam się dzisiaj truskawkowo-malinowo-bananowym smoothie!

Musiałam się powstrzymać, żeby nie zjeść wszystkiego od razu.. 
 Składniki:

garść malin
jeden banan
kilka truskawek
lód
cynamon
sok (według uznania, u mnie był grejpfrutowy) 

W zależności od możliwości posiadanego miksera wrzucamy owoce mniej lub bardziej rozdrobnione. Ja maliny wrzuciłam w całości, do tego pokrojony na kawałki banan i podzielone na części truskawki. Dodajemy szczyptę cynamonu - ile kto lubi. Całość podlewamy ok. 1/4 szklanki soku, żeby ułatwić miskerowi pracę, a także, żeby nadać całości bardziej płynną konsystencję. Może być mniej lub więcej - jak zawsze - jak kto woli. Miksujemy do otrzymania gładkiej masy. Do szklanki wsypujemy lód, wlewamy owoce, podajemy od razu. Można udekorować listkiem mięty :)


Voila!

czwartek, 23 maja 2013

Chili con carne

Kolejne z cyklu "tanie jak barszcz i proste jak włos Mongoła". Chili con carne w wersji made by ja :) Jak już wspominałam mój mężczyzna lubi pikantną kuchnię dlatego danie to gości często na naszych stołach. Mocne w smaku, piekące w gardło, sycące, tanie i bajecznie łatwe w wykonaniu. Czego więcej potrzeba głodnemu studentowi do szczęścia (oprócz zimnego piwa :P)? Mało zmywania, ponieważ danie jednogarnkowe :)

#Chili con carne

porcja na 2-3 osoby

300gram mięsa mielonego wieprzowego
puszka fasoli czerwonej
puszka krojonych pomidorów
łyżka przecieru pomidorowego
pół puszki kukurydzy
1-2 papryczki chili
kostka rosołowa (opcjonalnie)
pół cebuli
2 ząbki czosnku
przyprawy - sól, pieprz, bazylia, oregano

Na oliwie zeszklić cebulę i czosnek. Dodać pokrojone drobno chili (dla wielbicieli OSTRYCH wrażeń z pestkami, dla zwykłych śmiertelników bez), bazylię i oregano, przesmażyć chwilę. Dorzucić mięso, wymieszać wszystko, mięso zrumienić. Do patelni wlać pomidory z puszki, dodać koncentrat, dolać trochę wody (nie więcej niż szklankę) i dodać kostkę rosołową. Gotować bez przykrycia, aż płyn się zredukuje i wszystko nam ładnie zgęstnieje. Na koniec dodajemy fasolę i kukurydzę, wszystko solimy i pieprzymy i dusimy jeszcze ok 5min.

Podajemy z białym ryżem i ogórasem konserowym ew. kiszonym, przywiezionym z domu jak na każdego warszawskiego "słoika" przystało ;)

I voila!


poniedziałek, 20 maja 2013

Obiad awaryjny!

Dawno mnie tu nie było. A wszystko przez majówkę. Współlokatorki jak na prawdziwe warszawskie "słoiki" przystało nazwoziły z domu maaasę jedzenia i tymże żywiłam się przez ostatni czas. No i jeszcze juwenalia, zajęcia, imprezy - dużo kebabów i pizz, a mało gotowania. Tylko ile można..

Weekend spędziłam u mojego K. W niedzielę o poranku (czyli koło 13 :P) głód nas zwlekł z łóżka. A w lodówce... Głównie światło. Idziemy do Biedry? Oczywiście. A tu kolejna niespodzianka. Jako, że religijna jestem raczej umiarkowanie umknęło mi, że na niedzielę właśnie przypadają zielone świątki. Chwila paniki. Czyżby przyszło nam zejść śmiercią głodową? Po dokładnym przeczesaniu lodówki i zamrażalnika okazało się, że niekoniecznie. I chociaż wydawać by się mogło, że nic tu do niczego nie pasuje udało nam się z mym lubym ukręcić całkiem zjadliwy obiad w porcji zadawalającej :)

# Kotlety mielone podane z ryżem z warzywami i pikantną salsą.


kotlety:
- 200gram mięsa mielonego
- pół cebuli
- jajko*
- kromka chleba
- bułka tarta
- mąka
- przyprawy - sól, pieprz, majeranek

ryż z warzywami:
- 150gram ryżu białego
- pół opakowania mrożonych warzyw na patelnie
- curry

salsa:
- ok 5 pomidorów
- cebula
- 2 ząbki czosnku
- papryczki chili - wedle uznania (ew. może być suszone)
- łyżeczka cukru
- przyprawy - sól, pieprz, kolendra, bazylia



Przygotowanie:

Kotlety - Chlebek namaczamy w wodzie lub mleku. Cebulkę kroimy drobno i szklimy na maśle. Przekładamy do miseczki, dodajemy mięso, odciśnięty z nadmiaru płynu chleb i przyprawy. *I teraz myk z jajkiem. Ponieważ u mojego lubego bieda w lodówce dysponowaliśmy tylko jednym, więc rozkłóciłam je w miseczce widelcem, połowę dodałam do mięsa, a resztę zostawiłam do panierki. Masę wyrabiamy, formujemy kotleciki. Z podanej ilości wyszły mi 4 zgrabne mielone :) Smażymy na rozgrzanym oleju na złoty kolor.

Ryż - Ryż gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Warzywa wrzucamy na patelnie i przesmażamy. Ugotowany ryż dodajemy do warzyw, przyprawiamy curry. Ja do smaku dodałam jeszcze troszkę masełka (no ok, więcej niż troszkę :))

Salsa - Pomidory myjemy, przelewamy wrzątkiem, a następnie zimną wodą i wzorem Apaczów skalpujemy je. Następnie kroimy, niekoniecznie drobno i wrzucamy do gara. Dodajemy pokrojoną cebulę, czosnek, chilli i przyprawy. Gotujemy aż pomidory rozmiękną a woda odparuje i sos zgęstnieje.

Proste jak włos mongoła. Największą trudność sprawiło mi (no ok, NAM) zgranie wszystkiego w czasie.

I Voila!


Ilość salsy nie poraża, ale to dlatego, że wyszła na prawdę pikantna - wolałam się oszczędzić ;)





poniedziałek, 29 kwietnia 2013

TORT!

Niestety nikt nie zgadł, więc nagroda w postaci codziennej dostawy świeżego ciasta do końca życia niestety przepada :P A cóżem uczyniła z taką ilością kit katów?

Prawda, że jestem najlepszą dziewczyną na świecie i w ogóle to już lepszej nie ma? :D

Inspiracją był dla mnie tort kit kat z m&msami i nadzieniem z oreo. Jednak, po zakupieniu odpowiedniej ilości kit katów podkradłam jedno opakowanie i doszłam do wniosku, że w orginalnej wersji będzie za słodki. I oto co wymyśliłam :)
Efektowny, a wykonaniu prosty jak włos mongoła. Także dlatego, że z powodu braku piekarnika byłam zmuszona użyć gotowego biszkoptu. Aale, przecież nikt z gości nie musi o tym wiedzieć, prawda? :)

Tort kit kat z kremem budyniowym i truskawkami 
Składniki 
- gotowy biszkopt
- 750gram świeżych truskawek
- kit kat - mi wyszło ok 2,5 opakowania takich pakowanych po 7 
- trzy budynie waniliowe
- mleko
- 1,5 kostki margaryny
- cytryna
- cukier.

Najpierw budyń. Ogólnie tak jak jest napisane na opakowaniu, tyle że z mniejszej ilości mleka. Wg. przepisu na torebce powinno go być 1,5litra jednak ja użyłam litr i troszkę, żeby krem nie wyszedł za rzadki. Także litr mleka zagotowujemy, w tym "troszkę" rozpuszczamy budyń i wlewamy ową miksturę do gotującego się mleka. Mieszamy, gotujemy chwilę i odstawiamy do przestudzenia.

Robimy poncz. A właściwie "poncz". A w sumie to nawet nie "poncz", bo jak informuje ciocia wikipedia poncz jest napojem alkoholowym. Jako, że akurat w mojej lodówce żadna flaszeczka się nie chłodziła zdecydowałam się zrobić miksturę z soku z połówki cytryny, cukru (ilość zależna od gustu i tego jak bardzo tort ma być słodki) i wody. Nasączamy nią spód biszkoptu - nie za mocno, żeby nie zrobiła nam się z niego klucha.

Truskawki myjemy, kilka odkładamy, resztę kroimy w kawałki, wedle uznania, u mnie średnia kostka.

W misce ucieramy margarynę. Stopniowo, po łyżce dodajemy wystudzony budyń. Gdyby wyszedł rzadki, można go schłodzić w lodówce, wtedy zgęstnieje.

Trochę mniej niż połowę tak przygotowanego kremu wykładamy na spodni biszkopt, wysypujemy połowę pokrojonych truskawek, przykrywamy kolejnym, nasączamy go, znowu krem, truskawki, znowu biszkopt, znowu nasączanie. Pozostały krem rozsmarowujemy po wierzchu i bokach tortu. Ciężko to zrobić "ładnie", ja upierdzieliłam połowę pokoju, ale ja to jestem zdolniacha wyższego rzędu, Wam może pójdzie lepiej ;)

Do boków przyklejamy kit katy i zabezpieczamy wstążką przed odpadnięciem. Wierzch ozdabiamy truskawkami.

Voila!

A tak się prezentował u mojego K. na biurku :D

Szczerze - wpadłam w samouwielbienie po zjedzeniu tego tortu. Nie jest przesadnie słodki, tylko taki... rześki! A mój facet to już teraz się musi ze mną ożenić.. xD

piątek, 26 kwietnia 2013

czwartek, 25 kwietnia 2013

Ryba zapiekana w śmietanie z pomidorami i czerwoną cebulą

Od 1,5 roku mieszkam w akademiku, więc mam ograniczone pole manewru jeżeli chodzi o gotowanie. Akademicki piekarnik działa jak chce, a że przeważnie jednak nie chce to wykorzystuje okazje, kiedy jestem u mojego lubego, który posiada nowiutki elektryczny piekarnik. Nie godzi się żeby takie cudo było używane jedynie do pieczenia mrożonej "pizzy", dlatego jak najczęściej staram się zrobić z niego godny użytek. Jako, że mój K. mieszka jeszcze z 4 facetami muszę się liczyć z tym, że zawsze znajdą się jakieś dodatkowe "gęby" do nakarmienia. Tak też było i tym razem. Rybą zapiekaną najadły się w sumie 4 osoby :)

 


 

Ryba zapiekana w śmietanie z pomidorami i czerwoną cebulą

ok 1kg filetów rybnych - ja użyłam mintaja
2 jajka
duży kubek śmietany 18%
ok 700gram czerwonej* cebuli
3-4 pomidory
mąka
sok z cytryny
przyprawy - u mnie sól, biały pieprz, rozmaryn, bazylia, koperek.

Filety rozmrażamy. Najlepiej na metalowej kratce, żeby nadmiar wody mógł sobie spokojnie spłynąć. Rozmrożoną rybę skrapiamy sokiem z cytryny, solimy i odstawiamy.

Włączamy piekarnik na 180stopni, dolne grzanie.

Cebulę kroimy w kostkę, dosyć drobno, i szklimy na maśle, po czym przekładamy do naczynia żaroodpornego.

Filety kroimy w sporą kostkę, obtaczamy w mące i obsmażamy krótko na rozgrzanym tłuszczu, a następnie przekładamy do naczynia żaroodpornego - układamy je w miarę równomiernie na cebuli.

Do innej miseczki wkładamy pomidory, zalewamy je wrzątkiem. Po kilku chwilach przelewamy zimną wodą i ściągamy z nich skórkę, po czym kroimy w plasterki i układamy na rybie.

Do miseczki wbijamy dwa jajka i roztrzepujemy je widelcem. Dodajemy do tego cały kubeczek śmietany i zioła - wedle uznania. Tą magiczną miksturą zalewamy rybę w naczyniu.

Wierzch można jeszcze dodatkowo posypać koperkiem, lub jak ktoś bardzo lubi - żółtym serem :)

Pieczemy około 15-20min, zależy od piekarnika. Chodzi głównie o to, żeby śmietana z jajkiem się ścięła.

Proponuje podawać z grzaneczkami z masełkiem i ziołami :)

I voila! Cztery szczęśliwe brzuchy :)

Tak wiem, jakoś moich zdjęć poraża..


 A zgadnijcie co robię jutro wieczorem! :D


 
Tak, zjem je wszystkie! <3




poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Nadszedł czas na pierwszy przepis :)

Jako że mój mężczyzna zapowiedział, że pojawi się na obiedzie wybór padł na pulpety w sosie pieczarkowym, bo luby uwielbia "mokre" jedzenie. Znalazłam w najciemniejszym kącie zamrażalnika trochę mięsa mielonego, a w lodówce pół opakowania pieczarek, które ostały się z wcześniejszych obiadów. Ameryki tym przepisem nie odkryłam, ale jest prosto, smacznie i tanio, więc uważam, że warto spróbować ;)


Pulpety w sosie pieczarkowym

Miały być pulpeciki, ale w sumie wyszły pulpecioory..

Porcja dla 2 osób

250gram mięsa mielonego - ja miałam wieprzowo-wołowe
1 kajzerka
1 jajko
mąka
200gram pieczarek (około 10 sztuk)
pół cebuli
bulion (w moim wypadku z kostki rosołowej)
przyprawy - wedle uznania (ja użyłam soli, pieprzu, majeranku, liścia laurowego i ziela angielskiego)
opcjonalnie - bułka tarta, śmietana

Przygotowanie:
Kajzerkę wrzucamy do miseczki z wodą, żeby namokła. W tak zwanym "międzyczasie" kroimy drobno cebulkę, szklimy na niewielkiej ilości oleju i odstawiamy do przestygnięcia.

Mięso wyrabiamy z jajkiem, dodajemy odciśniętą z wody bułkę. Gdyby masa była za rzadka można dodać odpowiednią ilość bułki tartej (do uzyskania pożądanej konsystencji). Dodajemy przestudzoną cebulkę i przyprawiamy wedle uznania. Formujemy zgrabne (lub jak w moim przypadku - mniej zgrabne ;)) pulpeciki, obtaczamy je w mące i smażymy krótko na złoty kolor.

Zdejmujemy z patelni. Na pozostały tłuszcz i resztki mąki wrzucamy umyte i pokrojone w półplasterki pieczarki (z resztą mogą być pokrojone jak Wam się żywnie podoba ;)). Smażymy aż puszczą wodę i lekko się zrumienią. Zasypujemy ok 2 łyżkami mąki i szybko mieszamy. Zalewamy bulionem.

Do gotującego się bulionu wrzucamy przesmażone pulpeciki (sos powinien je zakrywać - jeżeli wyszło Wam go za mało dolejcie wody ;)) i gotujemy wszystko razem ok 10-15min.

Gdyby, jak w moim wypadku, sos wyszedł za rzadki zagęszczamy go mąką wymieszaną ze śmietaną, którą hartujemy dodając do niej kilka łyżek ciepłego sosu. Tą miksturę dolewamy do pulpetów i gotujemy kilka minut podczas których sos zgęstnieje.

Polecam podawać z kaszą i ogórasem kiszonym.. Omnomnom!



muszę kupić większy talerz..

Voila!

niedziela, 21 kwietnia 2013

Studentowo i w kuchni

Tak jak powyżej. Jestem studentką 2go roku, lubię siedzieć w kuchni, mam wiecznie głodnego faceta i ciągle za mało gotówki w portfelu. Nie jestem kucharzem, nie mam w tym kierunku żadnego wykształcenia, może trochę domowego doświadczenia, ale daleko mi do profesjonalizmu. Póki wszyscy, których dotychczas karmiłam cieszą się dobrym zdrowiem (pomijając jeden niemiły incydent z przypaloną panna cottą..), a mi sprawia to frajdę to myślę, że łaskawi czytelnicy wybaczą mi drobne (i te troszkę większe) braki i niedociągnięcia. Bo Magdy Gessler się tu na razie nie spodziewam ;)